Faza Hulk. Faza Zen.

Jak każdy menedżer nowy sezon rozpocząłem z wykutym na pamięć dekalogiem przedsezonowych założeń. Po trzeciej kolejce złamałem wszystkie dziesięć. Bez wyjątków. Co tu dużo pisać, czasami dało to zysk (opaska Aguero vs nie będziesz miał innych bogów niż Salah), pozostałe historie dzielę na zabawne grzechy mniejsze i te cięższe grube Berty. Czego tak naprawdę mi szkoda, to szybkiego porzucenia żarliwej obietnicy cierpliwszej gry. Miało być radio classic. Trzecią kolejkę rozpocząłem z hitem za minus 4 sprzedając Bernardo Silvę, którego specjalnie, po kontuzji KDB, sprowadziłem na drugi GW. Richarlison, kupiony za ujemne punkty i Bilve,  wyleciał z boiska, dlatego tym razem za minus 8, już w sobotę, pożegnał mój skład. I nagle, tak jak kiedyś w trakcie debiutanckiego sezonu, podczas weekendów odwalam Hulka. Po ostatnim gwizdku sędziego mielę wysuszonymi ustami przekleństwa, przewracam ze wściekłością oczami i z grymasem złości bez zastanowienia sprzątam skład. Nie, nie sprzątam. Jak bajkowy tyran o zimnym sercu żelazną rękawicą zgniatam najsłabsze ogniwa, wyrywam im serca i wysysam dusze. Hulk nie zna litości. Hulk nie analizuje. Hulk lubi FPL. Faza Hulk trwa krótko. Cztery uderzenia serca, może dwa łyki piwa. Wypluwam przeżute kości chybionych wyborów i ostatnim ruchem Hulka zakuwam w okowy nowych niewolników Kessel Run. A potem dzieje się magia.

Pierwszy raz odkąd gram – a to chyba piąty lub szósty sezon – po fazie Hulka ogarnia mnie ZEN. Dziwny spokój i lekkość ducha jakiej jeszcze nigdy nie doświadczyłem w fantasy premier league. Zamykam FPL, zamykam wszystkie hity i moje wybory w małej, drewnianej szkatułce i odkładam na półkę, aby tą swoistą puszkę Pandory otworzyć dopiero w sobotę. Szkatułka triggeruje Hulka, ale wcześniej, nie tykana, po prostu sobie leży i pachnie. To musi być jakiś wyższy poziom FPL. Coś do czego każdy z nas powinien dążyć. Pewność hita i późniejszy dystans do własnych wyborów. Wcześniej tak nie miałem. FPL drążyło umysł jak kropla skałę. Na rowerze, w tramwaju, u cioci czy na fajce. Gdzieś te myśli i knucie były zawsze obecne i niczym oślizgły pasożyt ryły ścieżki w głowie. Grałem w naturalnym takim rytmie:

właśnie tak mnie wkurwia, kiedy nie strzelasz

tak mnie irytuje, gdy nie asystujesz

sobie zjebiesz setkę, no i będzie sprzedaż

że myślę jak cię zmieścić i nad składem knuję

easy kun, easy kun, easy kun

Pewnie to dlatego w każdą kolejkę wjeżdżałem niczym zagony pancerne, nabuzowany i wymagający. Dzisiaj czuję się jak hippis z kwiatami we włosach wtykający w lufy tych żelaznych, ciężkich Tygrysów, fioletowe róże. Bardzo mi dobrze z takim podejściem i chciałbym aby trwało jak najdłużej. Dobrze mi z pewnym siebie Hulkiem, i dobrze ze zdystansowanym najaranym ziołem Garretem. Żona twierdzi, że to przedostatnia faza FPL. Pełne pogodzenie się z losowością zabawy , imersja i jakiś ostatni stan przed nieuchronnym końcem. Dokąd wówczas pójdę? Tak jakby każdy z nas grając w to gówno musiał zaliczyć pewną ścieżkę. Od nieopierzonego, często obdarzonym szczęściem, żółtodzioba, po młodego gniewnego, ubliżającego znajomym furiata walczącego o każdy punkt, po wyrafinowanego, cierpliwego stratega. Wszystko to aby na końcu zrzucić kajdany i przemienić się w stojącego niemal z boku pieprzonego filozofa. Nie mam wpływu na przebieg kolejki. Nie mam wpływu na wybory przeciwników. Lubię emocje FPL, satysfakcję trafionych wyborów i płacz sierot po upadłych menedżerach. I nagle pokochałem ten spokój, który jak kurz opada w niedzielę po bitwie.

 

 

Pierwszy sezon poza TOP10k. Czas na rewanż!