Gwałtow­nych uciech i ko­niec gwałtow­ny.

FPL jest jak seks, ma początek i koniec. Lub głupkowato nawiązując jak konar, również z początkiem i końcem, a dodatkowo można nim przypierdolić. Cokolwiek wam wcześniej mówili koniec jest zawsze nieuchronny. Samą Ziemię czeka powolny game over, co wiadomo nie od dziś. Najprawdopodobniej zostanie spalona przez Słońce, którego temperatura stanie się zbyt wysoka by cokolwiek na naszej planecie mogło przetrwać. To za 1,75 miliarda lat, wcześniej zahaczyć może o nas asteroida Nibiru, która według popularnych teorii spiskowych już wpływa na Ziemię destabilizując ją trzęsieniami ziemi i aktywnością wulkaniczną. Jeszcze wcześniej, bo już w tą niedzielę kończymy kolejny sezon FPL, który jak ten przywołany seks, ma także swój początek i koniec, i jak każda gra działa w określonej czasoprzestrzeni. Pójdę nawet dalej, również Niszowy Blog FPL zaliczywszy początek w pewnym momencie napotka swój koniec. Dla pewności zapytałem wczoraj Gruwwę – ciągniemy to dalej? W odpowiedzi było tyle entuzjazmu co u tego samca pająka Hyptiotes paradoxus, pożeranego po kopulacji przez samicę.

Wydaje mi się, że FPL jako gra nie istnieje i handluje nieistniejącym. Nie chodzi o to, że jej nie ma, tylko o fakt karmienia nas złudzeniem i iluzją mocy wpływania na rezultaty. Wiadomo, tak naprawdę go nie mamy. Z drugiej strony FPL jest czymś więcej niż zapychaniem pustki. To wypadkowa potrzeby rywalizacji i dzielenia się pasją.  Potrzebujemy emocji i wyborów pomiędzy zniszczonym wczoraj, ulotnym dziś i niepewnym jutrem.  FPL fantastycznie wpisuje się w naiwną romantyczność sportu gdzie każdy może i każdy ma szanse. Okazyjnie dając frajdę częściej obdziera ze złudzeń. Z początku subtelnie, później bez sentymentów zrywa kolejne warstwy nadziei i oczekiwań. Rabuje, pali i gwałci. Kiedy z pełną świadomością przyjmujemy to jako normalność, jako mały druk w zasadach, to jest ok, po prostu następne kurestwo na szlaku. Gorzej kiedy FPL wpiszemy w ambicje i cele. Wówczas każda porażka uwiera i śmierdzi zdechłym pod maską samochodu szczurem. Ulotna struktura gry przypomina cienką nić splątaną z codziennością. Podobnie jak ona dodaje skrzydeł lub szura naszą mordą po szorstkim betonie. Kiepski rok oznacza najczęściej chujowy sezon. Nietrafione opaski Kane’a towarzyszyły ciężkiej chorobie ojca, czerwone strzały i pikowanie w tabelach sprawdzałem czekając na inne złe wieści tracąc włosy przez pierdylion strzałów skumulowanych jednego roku. Oczywiście, jedno z drugim nie ma nic wspólnego, ale i tak równolegle tworzy równanie, którego wynik odbiera dech w piersiach. Gra powinna dawać przyjemność a ten sezon dla naprawdę wielu był daleki od tego. Pytanie, dlaczego to sobie robimy, wbrew pozorom, naprawdę ma sens. Skąd w nas taka wiara, że potrafimy oszukać przeznaczenie? Chyba dlatego, że jak wielu uważam, że przeznaczenie jest dla frajerów. To tylko nędzna wymówka, żeby pozwolić, aby sprawy same się toczyły, zamiast wziąć je we własne ręce. I przede wszystkim dlatego, że koniec sezonu jest zarazem początkiem nowego. Oczekiwania przed GW1 budujemy na popiołach minionego sezonu wiedząc najlepiej, że to co nas nie zabite tylko nas bardziej wkurwi.

 

 

Pierwszy sezon poza TOP10k. Czas na rewanż!

Zapisz się na newsletter, bądź na bieżąco!

Bez spamu!