Martwię się.

Martwię się codziennie. Martwię się uciekającym czasem, przyszłością dzieci, chorobą ojca a co za tym idzie psychiką matki, za wysoką temperaturą, za niską temperatura, ekonomią, polityką, wojnami, terroryzmem, rosnącym brzuchem, brakiem czasu, brakiem miejsca, klęską urodzaju; martwię się przyszłością i niewykorzystaną przeszłością, zmarnowanymi szansami, uzależnieniem, przyjaciółmi, chirurgiem, kasą, korkami i cenami biletów lotniczych do Dubrownika. Martwię się milionem spraw. Martwię się, że się za mało martwię.

Naturalnie martwię się FPL. Jako jeden z pensjonariuszy tego blogowego pierdolca mam to szczęście, że wciąż jesteśmy niszą. Bezpieczną niczym norka myszoskoczka w styczniu. Rodak zna się na Messim, Ronaldo, reprezentacji, na skokach, himalaizmie, medycynie i serialach; fpl to dalej niezrozumiały zbitek trzech liter. Nisza. Zaraz za geocachingiem i modowaniem Amigi. Nikt nam nie wejdzie w podwórko krzycząc od progu – nie znam się, ale dla clickbajtów napiszę. Dlatego o fpl martwię się po cichu. Fpl nie jest tematem porannych rozmów w wygniecionym tramwaju, radiowym biciem piany, przedmiotem klasówek i ważnym punktem nasiadówek w firmowej kantynie. Czasami martwię się głośniej kiedy czuję presję piątku, czasami niemal w ogóle, gdy obrażony ostentacyjnie odwracam się plecami. Na waszym miejscu martwiłbym się dalszymi losami rozsierdzonego Mahreza. Gość jest na gigancie i nic nie wskazuje aby miał się dzisiaj zjawić na treningu. Problemem jest Stones – GW25 opuścił z powodu przeziębienia, Laporte wypadł poprawie, na tyle poprawnie na ile można błyszczeć na tle ofensywy WBA. Jeżeli przez kontuzje Sane i Silvy Guardiola nie wróci do gry trójką obrońców to posiadacze ich środkowych defensorów martwić się będą teoretyczną rotacją. Martwię się Wilsonem bo tak naprawdę bardziej romantycznym wyborem był tańszy Ayew. Martwię się wyborem opaski pomiędzy Salahem a Aguero.; wynikiem niedzielnego starcia Liverpoolu z Tottenhamem, różnicą do czołówki i blogiem. Martwię się stresem, który stał się naturalną i nieuniknioną częścią mojego życia. Tyle, że brak reakcji stresowej organizmu oznacza śmierć organizmu.

Martwię się czy ta nasza pisanina ma sens i jakość, martwię się składnią, stylistyką i przecinkami. Początkiem i niechybnym przecież końcem pisania. Martwię się, że czasami dzień przed kolejką nie mam o czym pisać albo po prostu mi się nie chce.

 

Pierwszy sezon poza TOP10k. Czas na rewanż!

Zapisz się na newsletter, bądź na bieżąco!

Bez spamu!