Small Victory.

Punkty z opaski Salaha, gol Shaqiriego, dwa czyste konta oraz asysta. Tyle wycisnąłem z dwunastej kolejki, w której nie obejrzałem nawet minuty jakiegokolwiek spotkania. Te punkty Salaha to takie małe zwycięstwo, 11 z 12 trafionych opasek w sezonie i zarazem strzał w pysk, kiedy widzę bonusy obrońców the Reds, Każda mała wiktoria na tle żałobnego korowodu porażek cieszy. Każda daje nadzieję, każda teoretycznie ratuje kolejkę. I kiedy się cieszę z takich drobiazgów inni dostają punkty za frajerskiego karnego Martiala, który mi zdjął dwa czyste konta. Chwilę potem wieże poprawiły OR golem Kanonierów zamieniając ostatecznie barwy mojej kolejki z zieleni w czerwień. A tak odważnie zagrałem Dohertym w pierwszym składzie. I już się nie cieszę. Przerwę na repy witam z otwartymi rękoma, jak długo niewidzianą kochankę, jak.. mógłbym tak długo. Czekałem po prostu na ciebie droga przerwo. Teoretycznie powinienem odpalać dzisiaj dziką kartą. Nie mając koncepcji wezmę profilaktycznie hita i pomyślę o tym jutro.

Często zapominaną zaletą FPL jest to, że zawsze ktoś ma gorzej niż Ty. Nic tak nie cieszy jak skromne schadenfreude. Dużo rzeczy nie poszło w ten weekend. Hazard bez punktów, Mane też, podobnie Sterling przy trzech bramkach kolegów z zespołu. Trippier zszedł z kontką a Arni zawiódł. Małe zwycięstwa. Wrzody i odciski. Malutkie nic dają nadzieję, że któregoś dnia, w którąś kolejkę może zagram perfekcyjną kolejkę. Taką, w której mój bramkarz obroni karnego, opaska da więcej niż bramkę a obrońca zakończy mecz z bramką. Tymczasem moja ekipa tonie w przeciętności, niczym się nie wyróżnia i pachnie Brutalem. Mniej więcej jak GW12.

 

 

Pierwszy sezon poza TOP10k. Czas na rewanż!