EOB – GW30

white

Końskie kopyta zastukały głucho na drewnianym moście. Jeździec ściągnął lejce i ruchem rękawicy kolczej uspokoił wierzchowca. Pierwsze zwłoki leżały zaraz za mostem. Mężczyzna z rozerwanym torsem i objedzonymi do kości i ścięgien nogami zawisł na krzakach jeżyn. Trzy kroki dalej, o pień młodej sosny opierała się rudowłosa kobieta. Przypominała znużonego podróżą wędrowca. Takiego z wywleczonymi wnętrznościami i obdartą z niegdyś pięknej twarzy skórą. Jeździec podjechał bliżej … porzucony, zawalony pakułami wóz, martwa cisza, brak śladów padlinożerców i  charakterystyczne, odciśnięte w czerwonym błocie ślady pazurów … dobre powody – pomyślał – aby zmitrężyć pół dnia więcej i wycofać się na główny trakt. Zawrócił konia ostrogami i wówczas zobaczył mały, mokry niebieski niby pakunek ciśnięty pod mostem. Chłopczyk niechybnie uciekał, ale przerażony stracił równowagę na śliskich kamieniach i skręcił kark. Jeździec zawahał się. Jestem rycerzem, pomyślał zawzięcie. Zsiadł z konia, wyciągnął długi miecz i śpiewając Sacra Mater Nostra podążył w gęstwinę śladem potwora. Coś co było w nim martwe nagle odżyło zapalając miecz niczym pochodnię…

Napisane przez

garret