Ballada o martwym gameweeku.

Zanim przejdę dalej żwirową swoją ścieżką,
muszę minąć przeszkodę: las ten nader ciemny
jak noc przygasła chmurną bardzo wieszczką
wróżącą beznadziejnie o losie daremnym.

Czterdzieści i cztery – aż o dziesięć to za dużo
w tym świecie tygodniowym i wielce zaciekłym
i prącym, wrzącym o litość; ludzie się burzą
i jednoczą w sumie złości pod diabłem wściekłym.

A czerwień tak zionęła ogniem swojej goryczy
już nie po raz pierwszy. Ta przybyła z Południa,
wystrzelona z ręki Jonesa. Ten twardo milczy.
I aby przejść do głównej rzeczy – to przerzutnia

Na sępy krążące nad duńską padliną,
surowo ocenioną za naprawiany error;
skrzydła wiatr smagają, obarczają winą
i każą wichrowi szeptać: “Dziewięć-zero!”

Lecz zniewolony świst na los się nie przekłada,
ten się śmieje w twarz stentorowym hukiem,
bierze wdech, eksploduje, każdy sęp już spada!
JWP znów wykonał rozbieg pełnym łukiem!

Dawno przyszło spostrzeżenie, co właśnie się stało,
archiwiści spod języków przekleństw dobiegają.
Duet Vards&Nacho – siedem punktów – mało!
Tyle łaskawego, że lepszego znają!

Sześć strzałów Maddisona na nic się nie zdało.
Pereza w poemacie dość chłodno witają.
Siedem szans belgijskich – więcej się nie dało?!
Dwa gole tylko padły. Sępy też padają.

Kolejny dzień pański nie zaczął się cudem.
Zatrzymać punktów się w domu nie udało.
Przed swoją bramką Orły stanęły chyżo murem,
Lecz Aguero i Torres rozbili to ciało.

Cztery strzały z boxa posłał Argentyńczyk;
Zahy, prócz szansy stworzonej, liczby wnet się zlękły.
Siedem strzałów Sterlinga? Toż nie spec, a chińczyk
kolejny, co pytaniem Mane jest przeklęty.

Szesnasta? Nic ponad zlot fanów klubu z Brighton
wielokrotnie trących swe oczy ze zdumienia.
Oto Leeds bez Raphinii jest niczym ponad plajtą.
A Maupay? Niechby nie stał się dawcą nasienia.

Niezliczone setki w jego stopy się kładą.
A efekt? Gol jeden w piętnastu meczach ligi.
Przesyłki od kolegów, tańczące z taką swadą!
Lecz bramki się imają! I wnet zostają figi.

Jest jeden, co figi potulnie bardzo zjada –
Danny Welbeck właśnie! Choć poza owocami
upodobał sobie przysmak inny, też znaczący:
trzy strzały, tuzin punktów, i między jest tuzami!

I jeśli nam Anglika pochwalić pozostaje
a hultaja Maupaya wysłać na ogórki,
do towarzystwa dołożyć frankofona – toż zwyczaje!
Trossarda, co ni strzelił, ni dograł – na kurki!

Na Stamford Bridge niewiele zasługuje uwagi:
dublet Havertza, być może rotacje Tomka.
Z Fulham się żegnamy; znajduje Chelsea braki
i kryje je w lodówce – szczęście Tomka i Romka!

Niesprawiedliwością jest pominąć Wernera,
syzyfową pracą on winy odkupuje.
I choć pięć punktów do serc ponownie nie dociera,
dwie setki stworzone – to życia nie truje.

Zakończone trudy nie w szczycie, lecz pośrodku
ligowej tabeli, bez ustanku wymiennej.
Oto Carletto chcący wlać w toffi trochę miodku…
Holgate zamiast w przyszłość poszedł tam, gdzie drzewiej.

Cztery próby z boxa – to Watkinsa dorobek
zwieńczony ósemką, z DCL tożsamy.
Z Richy zwykł pozostać niezwykle śmieszny człowiek;
El Ghazi w dwóch strzałach radości rozwarł bramy.

Na barykadach poległ osobny jarl islandzki,
co w liczbach odpalił protokół nadziołowy:
cztery, dwa i zero; nie było więc schadzki
strzałów, celnych i goli; wynik jest pyłowy.

Niespodzianka słaba na początku niedzieli,
czy by jednak Newcastle, czy Arsenal zwyciężył.
Na wspominki jednak czarty Kloto wzięli;
cofnąć nić kazali; tak prząść, a czart ciemiężył.

W takiej sytuacji do żywych wrócił Auba,
Karate kid gaboński – i dwucyfrówka siadła!
Z kolei Elneny’ego nader biła szajba;
i jego bramkowa Artemida dopadła!

Na krwawe koszulki natchnienie twórcze spadło –
jak inaczej określić pięć szans Odegaarda?
Między które bajki włożyć brazylijskie jadło:
cztery szanse Williana, Gabriela – to garda?

Wszystko to, co wcześniej, miało być przedsmakiem;
cztery gole w meczu – to spełnia się marzenie!
Kapitana Kane’a każdy wziął okrakiem.
Potem zerka w strzelców – rubryka zdziera tchnienie.

Gdy Madryt dla Bale’a jest trzeci w kolejności,
na podium nie jest łaskaw znaleźć miejsca Totkom,
to jakim prawem wziął i złamał wsze radości
w sześciu strzałach, trzech aktach, straszną punktów grządką?

Gdy Londyn dla Kane’a jest pierwszy w kolejności,
na podium strzelców all-time w przyszłości zapoluje
to jakim prawem wynikowych nie otrzymał włości?
Sześć strzałów, a jednoaktówką tragedia się snuje.

Cóż jeszcze wyczyniali Koreańczyk z Sergem!
Sześć i cztery szanse, po setce też na głowę!
Z kolei Sheffield tylko raz machnęło celnie mieczem.
Blank Kane’a smuci nas i wraz odbiera mowę.

Tej mowy nie przywrócił poniedziałek przebrzydły;
Po golu dla West Bromu i przyjezdnej drużyny.
Nie mają znaczenia cztery uderzenia Silvy,
który bramki nie strzelił; rywal wbił na wyżyny.

Nic nam znów po bramce scoutowanego Diagne’a;
na Pereirze zawisło mędrców szkiełko i oko.
Dość sądzić, że nikogo nie ogarnie mania;
nie stwierdzi, że fixy West Bromu są spoko.

Koniec? Msza piłkarska pod wezwaniem Lingarda.
Jesse był patronem, lecz nie pierwszym aktorem.
Prawdę mówiąc, wypadł gdzieś za pierwszą dyszkę.
Mógł złapać zadyszkę; dziś nie wesprę go słowem.

Na skrzypcach grał inny, sam Antonio łamliwy,
co dubletem swoim przeskoczył wynik Wooda.
Posłał sześć strzałów, a hat-trick byłby ckliwy,
chociaż zasłużony; pozostała ułuda.

Team czterostrzałowców szeroki się okazał:
Fornals, Benrahma, Soucek – wszyscy za zasługi
liczbowe, a mniej za wrażenia – jakby mazał
ktoś taktyczne szlaczki, niepotrzebne usługi.

Cieszy powrót Cressa; nie zwykło iść piechotą
stworzonych pięć okazji. I gdyby nie gra Diopa,
szanse mas Zbójcerzy pokryłyby się słotą
nieliczną i gorzką. Odsyłam do świerzopa.

Zanim przejdę dalej swoim traktem kamiennym
i w koniec podróży uderzę swym oddechem

muszę zajazd wyminąć, ten Pod Kątem Szydery:
kartę dań na ćwierć wiorsty kwituję uśmiechem.

Choć całą podróżą jestem stale skończony,
jest różnica czuwania – meta w ręki zasięgu.
Jak świt, co noc przygasłą zawraca w jej strony.
Jak zgiełkliwy trunek w lichego światła kręgu.

A gdy koniec niebliski, jakby się zdawało,
To nic się nie dzieje, przyjaciele bez liku.
Gdyby złej kolejce kompana brakowało,
Zanućcie tę balladę o martwym gameweeku.