For God and Glory.

Za moment miną dwa lata odkąd pożegnałem się z niszowym blogiem. Odchodziłem wypalony, zmęczony i z martwym sercem. Dwa lata, bo przecież wysrywaną regularnie szatnie nie można podciągnąć pod pisanie, to tylko kontakt ze społecznością fpl i rosnącą z czasem redakcją fantasypl.pl. Coś na zasadzie, ej ludzie, wciąż tu jestem. W pakiecie planowałem zakończyć FPL. Bez większych deklaracji i rozdzierania szat. Ot po prostu, game over i zgaszenie światła. Odpuściłem i dobrze, bo odnalazłem jakiś sens w tym bagnie. Jak się mieszka niedaleko żywego smoka, niewiele pomoże wyłączenie go ze swoich kalkulacji. Dlatego zabawa trwa dalej a walka z wieżami dołączyła do regularnych starć realnej codzienności. Noszę dalej swoją koronę cierniową spoczywając na tronie błazna fpl. Przepełniony błędami zapomnianych kolejek, których nie potrafię już naprawić. Splamione upływającym czasem pomysły na transfery zanikają, i tak co kolejkę do prostej gry przeglądarkowej dorabiam filozofię, ideę i szukam wymówek.

I tak dochodzimy do największej w historii FPL podwójnej kolejki. Tak gargantuicznie zajebistej, że w zasadzie kogokolwiek wystawisz i tak zagra te dwa spotkania. Mamy 26 odsłonę sezonu. Zmęczenie widać na twarzach, słychać w wypowiadanych ciężko słowach. Mrok płynie do naszego salonu przez małe okienko białej ściany. Wciąż gramy, tylko coraz częściej nasze cienie nerwowo drgają na ścianie. Ciemności powoli wypełniają pokój, ktoś przeklnie, ktoś rzuci kośćmi. To ten moment gdzie odrywam się od mojej normalności, odpalam lapka i odpalam zaplanowany od dawna transfer. Na spokojnie, bez emocji, ale jednocześnie czuję się częścią czegoś większego. To te rzadkie chwile kiedy zastanawiam się czy gdybym mógł zacząć od nowa, milion kilometrów stąd, czy rozegrałbym to wszystko inaczej. Bo to moment gdzie trzeba się przyznać, że FPL to nie tylko zabawa, społeczność i emocje. To również zawód jaki nieraz sprawiłem najbliższym, to nietrafione wybory w dziesiątkach zakurzonych weekendów, to wymówki i marnowany czas na potęgę. To stres, nerwy, chybione oczekiwania i czasami czyste, złośliwe schadenfreude. Kłóciłem się, godziłem, pełen pychy nieraz szukałem zwady budując autorytet na chamstwie i sarkazmie. Nie jestem z tego dumny, ale trzeba to przyznać, nie każda blizna fpl zdobi.

DGW26 to już półmetek tego pojebanego sezonu. Dotarłeś ze swoją kompanią na pole bitwy. Ragnarok. Starcie bogów. Jest ci raźniej bo nie jesteś sam, jesteś otoczony druhami, mówisz ich językiem, mógłbyś kończyć ich myśli i dopowiadać do końca ich zdania. Potłuczone i powginane zbroje, miecze stępione, połamane dębowe tarcze, ale już nie można się cofnąć. Wyciągnięte na brzeg kościane drakkary płoną, tak jak wasze serca przed jutrzejszym deadlajnem. Dodajmy do 26 kolejki odrobinę patosu, jebanych jednorożców i furę pustych nadziei. Zasłużyliśmy. Pierwszy umiera optymizm, po nim miłość, na końcu nadzieja. Mimo to musimy trwać do czwartku, do ostatniego meczu licząc, że Salah dorzuci te brakujące punkty do 150 oczek a cały ten pisany na kolanie, polany wódką tekst nie pójdzie na marne. Make me proud my friends. Tutaj, jutro, nikt się nie zbłaźni. Tu już nawet nie ma znaczenia komu oddacie opaskę, czy weźmiecie DCL czy Kane’a, czy pierdolniecie lekką ręką minus 12 aby zagrać Burnem. Tylko cel jest prawdziwy. Tylko cel w FPL uzależnia. Być tam, gdzie się nie jest, mieć to czego się nie posiada, dotykać kogoś kto nie istnieje. Tu i teraz każdy z nas ma skład na 150 punktów. Chwilo trwaj. To kwintesencja gry i jej przeciwieństwo. Kot schrodingera. Nie można mieć 150 punktów i ich nie mieć. Świadomość tego przenika przez skórę do mięśni i kości, ale jeszcze mamy czas no nie? Zostało trochę do deadlajnu. Cała nocka. Pereira za Dallasa za -4?