King.

To się mogło udać. Zwłaszcza po sobotniej średniej równej 6 punktów i przy 8.9% aktywnych opaskach Aguero. Niestety pomyliliśmy niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu. To się mogło udać, ale kluczem do BGW31 były dwa mainstreamowe nazwiska: King i Mane. Pierwszy był zawsze trochę z boku, na bakier trochę był. W szkole nikt nie wiedział czym King naprawdę żył. Senegalczyk natomiast był naturalnym wyborem każdego bez dwóch obrońców the Reds. Cała reszta z Salahem, oraz z VVD, Robertsonem i np TAA mogła co najwyżej liczyć na CS z Fulham lub zamienić Salaha na Mane. Czystego konta nie było. Punktów Salaha nie było. Nic kurwa nie było. Tylko gol i asysta Mane. I to wszystko. Posiadacze Egipcjanina i dwóch obrońców Kloppa inkasują 6 punktów, reszta z kapitanem Mane odjeżdża w chmurze dymu. Game over man. Game over. Nie zostało już nic więcej do napisania. No może poza tym, że cała ta radosna gromada nieudaczników wróci do gry jeszcze w BGW33. Wilson, Fraser, Fabiański, Arni, Hazard, Alonso i Salah. Egipski Walcott.

Z kronikarskiego obowiązku zaznaczmy tylko, że w następnej kolejce gramy pierwsze w sezonie grube DGW. Po dwa spotkania rozegrają Manchester United, Wilki, Chelsea, Tottenham. Manchester City, Watford i Brighton. To chyba dobre wieści, złe to dwa tygodnie przerwy od FPL i tym samym brak szybkiego sposobu na poprawę OR. Trzeba odliczać dni i nie zaglądać do mini lig. No chyba, że waćpaństwo z Mane (c), Kingiem i Kepą.

Takie kolejki kuszą refleksją. Mądrą sentencją poprawiającą morale lub zbiorem myśli budujących zalążek kampanii ratującej sezon. Przychodzą mi wyłącznie do głowy ostatnie słowa Archimedesa, na moment przed śmiercią z ręki rzymskiego legionisty – Salah, pierdol się.

 

 

PRZEKAŻ DAROWIZNĘ NA BLOGA