Wypis z kronik hrabstwa Hertfordshire.

Kiedy zawitasz w pobliże zielonych wzgórz Chiltern Hills ani chybi zwrócisz uwagę na rozsiane w okolicy miasteczka Watford, pochylone ku ziemi, zmęczone kamienne statuy. Te pokryte zielonym bluszczem pomniki to pamiątki po ostatniej niesławnej lekkozbrojnej Kompani najemników żółtego herbu Szerszeń. Hałaśliwej, różnobarwnej hałastry nękającej dziewki naszego hrabstwa Hertfordshire przez ładnych parę lat ubiegłego stulecia. Roku pańskiego 2018 prowadził ją twardą ręką smagłolicy syn Pampeluny Javi Gracia. Niestrudzony odkrywca nowych kontynentów, poeta, lekkoduch i nałogowy podróżnik. Od wschodu do zachodu, i nazad, przemierzał obce rewiry. Tamtej zimy, wędrowcze, zawitał tutaj i w łaskawości swojej asan Gracia przejął rządy nad naszą kompanią.

Krótka historia 12 letniej kampanii Javi Gracia.

Oto Vicarage Road. Najohydniejsza przystań łajdactwa i występku. Upalnym latem 2018 roku właśnie tam rozłożyła swe chutliwe lędźwie ta nikczemna i sprzedajna banda. Jej kolorowy, gwarny obóz zapobiegliwie omijały co cnotliwsze białogłowe z dobrych rodzin i  unikające pokus cielesnych pogrążone w żałobie wdowy. A wszystko przez najsroższego wojownika Szerszeni – Troya „Nie ma chuja” Deeneya 6.0. Jego twarz miała rysy dosyć grube, żeby nie rzec toporne, było to jednak oblicze żywe, zmieniające się bez przerwy, grające całą gamą wyrazów. Męsko wydatny nos nosi ślady dawnego złamania, dołek podbródka zniknął w starej, ale wciąż widocznej bliźnie. Oczy Deeneya zdawały się bardzo dziwne. Gdy się w nie spojrzy, dłoń machinalnie sprawdza czy sakiewka na miejscu, a pierścień na palcu. Myśl z niepokojem biegnie ku pozostawionej w domu żonie i córkach, a wiara w cnotę niewieścią obnaża swą naiwność. Nagle traci się wszelkie nadzieje na zwrot pożyczonych pieniędzy, pięć asów w talii do pikiety przestaje dziwić, autentyczna pieczęć pod dokumentem zaczyna wyglądać cholernie nieautentycznie, a drogo kupionemu koniowi zaczyna dziwnie rzęzić w płucach. To właśnie się czuło patrząc w butelkowo zielone oczy Deeneya. Było tam więcej Hermesa niźli Apollina.

Na przybocznych półboskiego Deeneya przełaskawy pan Gracia wyznaczył parę szybko nożnych kozaków Pereyre 6.0 i wysoko urodzonego panicza Deulofeu 5.5. Zaiste przyjacielu, charakterniki, w zwarciu jeńców nie brały, a na polu bitwy mężnie wjeżdżały z rozwianymi banderiami w zasieki obrońców, ścinając i kłując co ślamazarniejsze ofiary. A że i Książę Jenerał Gracia częściej do mamałygi niźli do szatni zazierał, i do alkówek damskich częściej niż do obiektów treningowych, to środkiem Kompani zarządzał piękny i młody Will Hughes 5.0. Okrutnie potłuczony w czasie ostatniej kampanii, tym razem, wraz z towarzyszami broni, sprytnym jak lis Cleverleyem i łagodnym osiłkiem Doucoure, pewnie kierował środkiem drużyny niczym sam Aleksander Wielki! Mieliśmy też tego lata w obozie silnych i twardych zaciężnych kopijników. Dwumetrowego, krostowatego olbrzyma Prodla 4.5, sześć łokci mierzył i jedną piędź, oraz jego wiernego druha Kabasele 4.5, ciemnoskórego śmiałka, bękarta aż z dzikiego Konga. Ale to nie oni byli najważniejsi pośród obrońców. Prym wiódł nadobny, zwinny elf Holebas 4.5, banita od zadań specjalnych, fundator domów dla sierot wojennych i patron szturchniętych przez konia. Potrafił celnie kopnąć szmaciankę ze stałych fragmentów gry, a z czasem niemal z każdej kępki trawy na murawie. Wyciąć nikczemnika, co mu wszedł w paradę też się nie wahał, a żółte papiery kolekcjonował tak jak panna wszeteczna kochanków. Prawą flanką naszego muru ciężkozbrojnych dowodził Kiko Femenia. Jedwabny pas, safianowe buty, bobrowa czapa, nie przegapisz przyjacielu tych murali w drodze do rynku. Tam dalej wędrowcze, obok obsypanej jemiołą lipy, stoi zaś osrany przez gołębie pomnik Fostera 4.5, ostoi innej kompanii z fortu West Brom, bramkarza którego nasi skarbnicy potajemnie wykupili za skrzynię złota i ususzoną relikwię z kutasa świętego Rataja.

Przynudzam prawda? Dyć już kończę wędrowcze. Nasi włodarze nie próżnowali od czasu ostatniego zajazdu, ale sypali szańce, zaciągali na nie puszki, a z zamorskich krain ściągnęli co potężniejszych wojów. Oto Dimitri Foulquier, Valber Huerta, Ben Wilmot, Marc Navarro (Espanyol, RB) i Adam Masina (FC Bologne, LB). Zapomnij o nich. Tak po prawdzie liczyła się tylko ta ostatnia dwójka, uznana bo koso i z niepokojem patrzyli na nich etatowi boczni obrońcy atamana Gracii. Ta mosiężna tabliczka, o tutaj, przypomina, że Masina w barwach FC Bologne, przez 100 ustawek, upolował 22 żółte kartki i 3 czerwone. Pytasz o Janmaata? Lichota przepadł. Ciągnęło psubrata do cieplejszych krajów.

Jeno chwila wędrowcze, nie odchodź pospiesznie. Opowiem ci jeszcze o pierwszych potyczkach letniej kampanii 2018 roku (BRI-bur-CPY-TOT-MUN). Wyjazd na duszny stadion Burnley zaiste był męczarnią, batożono nas i pognano nagich, i pokrwawionych, ubitym traktem prosto do Watford, ale też miej baczenie, że cztery z pięciu potyczek stoczyliśmy na własnym klepisku, a niesiona udanym preseasonem Troya Deeneya (gol i asysta z Fortuna Dusseldorf), sroga, rozhulała kompania łupała czaszki wrogów aż miło. Tak było przysięgam! No a teraz daj księciuniu dwa złocisze na kufelek Kustosza.

 

 

Pierwszy sezon poza TOP10k. Czas na rewanż!

Zapisz się na newsletter, bądź na bieżąco!

Bez spamu!