Nie ma odwrotu.

Mokry piasek mieszał się z krwią popędzanych skórzanymi biczami zwierząt pociągowych. Głuche na pokrzykiwania zdenerwowanych wozaków zwierzęta stanęły kilka kroków przed dżunglą. W piachu utknęły wozy wyładowane skrzyniami z arkebuzami, kuszami i kartaczami. Niedbale przymocowana beczka uderzyła w drugą rozsypując po plaży elementy bogato zdobionych pancerzy i bełty. Pośrodku tego pandemonium stał bezradny i spocony niczym grzesznik na sądzie pańskim hrabia Diego Velázquez de Cuéllar. Szukał Cortésa. Zdzielił przez kark ociągającego się marynarza, poprawił kułakiem po śmierdzącej cebulą mordzie i wdrapał się na przewróconą skrzynię. Tam! Hernán Cortés de Monroy Pizarro Altamirano, zwany przez najbliższych towarzyszy Hernando, siedział ciężko na olbrzymim koniu obok wbitego w piasek wielkiego, drewnianego krzyża. Nie opuścił plaży, tkwił tam jak głaz podczas odpływu odbierając meldunki od spieszonych oficerów. Diego zeskoczył ze skrzyni i lawirując pomiędzy wozami dotarł do wodza. Panie, co z okrętami? Hernando Cortés odprawił ostatniego gońca po czym odwrócił się do hrabiego i spokojnie rzekł. Przedziurawcie kadłuby, ogołoćcie do czysta a wszystko co bezwartościowe podpalcie. Nie ma odwrotu.

Jeszcze nigdy nie wziąłem tak wcześnie dzikiej karty. Jest gorzej niż rok temu kiedy WC odpaliłem w trakcie pierwszej przerwy reprezentacyjnej. A przecież sam, nie raz, pełen słusznej pewności pisałem: dzika karta to jedna z tych najważniejszych decyzji w sezonie. Nie powinna być wzięta pod wpływem emocji, gniewu czy nieudanej kolejki. To wypadkowa wyrachowania, chłodnego kalkulowania i długoterminowej strategii. Tymczasem kwadrans po ostatnim gwizdku na Wembley poszedłem po bandzie i dziką kartą, jednym sprawiedliwym uderzeniem, sprzątnąłem ponad połowę zespołu. Okręty spalone. Teraz nie ma odwrotu. I wiecie, czuje się lepiej. Może jeszcze rano miałem moralnego kaca, ale teraz, po drugiej kawie i nieprzespanej nocy, czuję się uwolniony od ostatniego w tym roku balastu. Nie będzie taktyki hold the line, nie utknę w okopach wielkiej wojny czekając na cud. Pozostało wyłącznie iść do przodu. Jeżeli cztery ostatnie, naprawdę udane sezony, dały mi jakąś lekcję to głównie taką aby działać wyłącznie pod wpływem 100% przekonania. Nie wahać się kiedy w wątpiach wszystko krzyczy – zrób to kurwa. Nie można lekceważyć absolutnej pewności, że to właśnie ten moment. Fantasy premier league to gra wyłącznie dwóch wyborów: działaj wyłącznie kiedy jesteś pewien – nie rób nic gdy się wahasz. Po drugiej kolejce -w zasadzie nawet w jej trakcie – byłem przekonany, że źle rozłożyłem balans w drużynie. Nie oceniłem właściwie obrońców, zlekceważyłem własne czujki przestawiając całą piętnastkę w ostatni przed GW1 piątek. Nawet w miarę udana pierwsza kolejka była prędzej wynikiem szczęścia niż dobrego planowania. Za błędy się płaci. Błędy trzeba naprawić. Brzmi to wszystko heroicznie i górnolotnie; zweryfikuje mnie trzecia kolejka i przerwa na repy.

Nic nas tak nie rucha w życiu jak czas i fantasy premier league. Planowałem WC po trzeciej kolejce. Zakładałem spokój podczas meczów reprezentacyjnych i wyciąganie wniosków z każdego spotkania. Wyszło inaczej. Uwolniony od dzikiej karty już wiem, że za tydzień miałbym te same argumenty aby jej nie odpalać. Że przeciągałbym ten moment w nieskończoność udając, że kontroluję FPL. Teraz jestem gotowy powalczyć, ale na wszelki wypadek zakonotuje wczorajszy dzień w kajeciku. Na wypadek przyszłego tekstu – dlaczego zawaliłem sezon.

Sprawdź

Oczekiwania przed GW36

Ostatnia taka kolejka. …