Event Horizon.

Ostatnie mecze to podróż mojego Kessel Run do wnętrza czarnej dziury. W 29 letnim Ukrytym Wymiarze, w roku 2047, ekipa ratownicza odnajduje w okolicach Neptuna zaginiony siedem lat wcześniej statek badawczy Event Horizon. Szybko wychodzi na jaw, że jego załoga zboczyła z kursu, wbiła do czarnej dziury i zaliczyła rundkę przez piekło. Dosłownie. Jeden z ulubionych horrorów stanął mi przed oczyma, gdy umęczony intensywnym weekendem przeglądałem dokładniej tabele FPL. Odnoszę wrażenie, że wbiliśmy do czarnej dziury i jeszcze tego nie wiemy. Chaos, kurwa z logiki skąpana w oparach beznadziejności londyńskich drużyn. Krajobraz po bitwie jest dość ponury. Kolejkę wygrały przede wszystkim potrojone opaski Salaha, i te szablonowe punkty z piątku: Salah (3C), Mane i Robertson. 84 punkty z trzech zawodników i pewny zwrot niemal każdej, najbardziej szalonej inwestycji w trójkę z Liverpoolu. No chyba, że ktoś, jak ja na lekkim gazie, próbował oszukać przeznaczenie nieoczekiwanie pakując się w Origiego. Wiem, beka. Będzie korekta, będzie hit, pozostaje lekki wstyd i jednak trochę rozbawienia. Potrojone opaski Salaha uwaliły w top10k niemal każdego bez chipa, nawet posiadacze potrojonego Mane, w razie braku Joty albo Vardiego, mogą wieczorem zobaczyć czerwień.

Lista popularnych zawodów jest długa. Eriksen, Son, Delboy, Lacazette, Aubameyang, Sterling Hazard, Pogba, Rashford, pozostaje po nich ziemia niczyja, tylko gorzkie wspomnienie. Najchętniej wysłałbym wszystkich pod Winterfell. Niech ich jutro zweryfikuje Nocny Król. Nam natomiast pozostały jeszcze dwie kolejki. Zepchnięci do kąta, rzuceni na liny, musimy wyprowadzić jeszcze dwa ostatnie uderzenia. Tylko dwa. Przyznaje, że jak co roku o tej porze mam dosyć. Jestem jak marynarz trzymający kurczowo się burty rzucanej przez sztorm łupiny. Ściskam kurczowo 3k OR i nie chcę puścić. Po twarzy wiatr pizga, zacina deszcz, słona woda wdziera się do ust, ale wciąż trzymam się dobrego miejsca. I szczerze to jedyna myśl jaka pozostaje mi po GW36. Wytrzymać do końca.