Krajobraz na finiszu maratonu.

Kończymy świąteczny maraton FPL. Od GW18 graliśmy niemal codziennie, ale cztery ostatnie kolejki pozostawiają raczej więcej pytań niż odpowiedzi. Na polu bitwy zalegają przede wszystkim napuchnięte zwłoki piłkarzy Guardioli. Nadęte, pokryte złotymi, brzęczącymi muszyskami, ciała lada moment i tak powrócą do gry niczym zombie. Wystarczy aby jutro Aguero, KDB lub Sane wynagrodzili cierpliwych, by od GW22 byli z powrotem opcjami za Hazarda. Grudzień łaskawie sprzyjał goniącym OR i jednocześnie pozwalał lewiatanom na szczytach tabel trzymać dystans do goniącego peletonu. Ciężko gonić kiedy naprzemiennie punktują niemal wszystkie dobre opcje premium, raz Salah, raz Hazard. Jak Kane, to też Auba. Nadrobisz Pogbą to przeciwnik poprawi Sonem. Stąd te wszystkie sinusoidy i często dreptanie w miejscu. Awanse skromne, spadki praktycznie bezbolesne.

Po ostatnich czterech kolejkach nie mam pomysłu jak gonić. Nie pamiętam tylu dobrych opcji FPL i jednocześnie takich dysproporcji pomiędzy topem a dołem tabeli. W grudniu nie specjalnie przydała się silna ławka, mało kto wpadł w rotacje a zawodnicy premium, poza MCI, uparcie punktowali. Całą tą wiedzę FPL można o kant roztrzaskać kiedy „grający głęboko” Pogba masakruje kolejne drużyny, Pereira gra obok Vardy’ego, a Jimenez na wyjeździe zdejmuje CS Totkom a później nie potrafi zdobyć bramki z Crystal Palace. Środa GW21 zaorała najbardziej. Solskjæra niemal zweryfikowało Newcastle, Pogba się zaciął oczywiście po pierdylionie transferów i wzroście o 0.3; posiadaczom punkty ratował maładiec Rashford; Hazard nie dał rady Southampton i spieprzył wieczór 880 tys opasek; Alonso zagrał za 9 punktów i na nosie każdemu kto go wcześniej wywalił; krętą ścieżkę z nieba do piekła zaliczył mój obrońca Jonny, który przed stratą CS miał 9 punktów by mecz zakończyć z 0 punktami. Jeszcze Młoty wróciły do dennych początków sezonu a Wilson z Fraserem odpieprzyli rekonstrukcję pierwszych kolejek. Zresztą jak opisać kolejkę, po której menedżerowie rozważają zakup Arniego lub Deeneya?

Może to tylko grudzień, może tak właśnie powinien wyglądać oparty na intuicji i spontaniczności świąteczny maraton FPL. Tylko gole, bez pytań i bez odpowiedzi. Może po GW21 wrócimy do planowania, odkryjemy różnice w korzystnym kalendarzu Southampton, fixy Burnley i domowe spotkania Tottenhamu. Po jutrzejszym starciu Kloppa z Guardiolą będziemy mieli ponad 10 dni na knucie i analizy. Dużo czasu aby porzucić intuicję i szybkie wybory na rzecz staranniejszego planowania. Czyli w większości przypadków zjebiemy sobie składy. O tak, nic tak dobrze, nie rozpieprza jedenastek niż dokładnie i precyzyjnie ułożona nowa dzika karta lub taki mały, malutki hit za silnorękich tej kolejki. Mam bowiem wrażenie, że odwrotnie niż w życiu, w FPL łatwiej przyzwyczaić się do smutku niż radości. Tutaj jesteśmy przyzwyczajeni przegrywać, nawet jeżeli niektórzy z nas non stop obracają się wokół najwyższych OR to zawsze gdzieś w ciemnościach czai się grubsza ryba. Jakiś skurwysyn, który i tak odbierze nam radość. Ta gra to jakiś pieprzony fatalizm a wizja świata opartego na fatalizmie i karze przecież jest chora. Wszyscy zostaniemy ukarani, bez względu na to, jak potoczą się sprawy w FPL. Takie zasady rządzą naszą grą. Takie zasady rządzą światem. Ludzie ponoszą karę za bycie dobrym i za bycie złym. Przez całe życie możesz łykać witaminy po porannym treningu, aby dwa tygodnie później przewrócić się w windzie i umrzeć. Otoczony zdrowymi pijakami. Ludzie ponoszą karę, nawet jeśli nie robią zupełnie nic. Zakonnice chorują na raka macicy, bo się nie pieprzą. Wszystkie nasze historie zaczynają się w ciemnościach przy zamkniętych oczach. I podobnie kończą. Ej, FPL to tylko gra, mam 6 zielonych strzałek pod rząd. O czym ja w ogóle piszę? Salah ratuj!