It’s probably Vardy.

W FPL boje się tylko Vardy’ego. To moje nemezis, bogini Kali, mój Mictlantecuhtli i John Wick od ładnych paru sezonów. Jeżeli coś ma pójść źle, to Vardy pośle pierwszy pocisk. Jeżeli ktoś strąci moją syzyfową kulę będzie to Jamie. Po wczorajszych 16 punktach napastnika Lisów ponownie, mozolnie, krok po kroku, zdartymi do żywego mięsa dłońmi pcham OR do przodu. Pomógł Digne, jutro zagra jeszcze trójka zawodników wraz z kapitanem. Vardy to przykład moich nonsensownych uprzedzeń, jako samozwańczy ekspert odradzam, sam oczywiście wiem lepiej. Inna sprawa, że nie było jak go upchać: Jimenez kupiony za 5.5 to must have do końca, Wilson i Rondon mieli niezłe fixy. Przechuj Vardy wyszedł i rozstawił figury na planszy BGW33. A nawet porozrzucał. Co mogło pójść źle to poszło źle. Przeczuwałem dlatego żal mniejszy. Swoje do średniej dorzucili jeszcze Tielemans z Maddisonem, ból w granicach rozsądku.

Drugim bohaterem mijającej kolejki był Salah. Tylko 6 punktów, ale patrząc na masowe posiadanie duetu Robertson + Mane, te sześć oczek to darmowy drink na koszt wież. Pierwsza bramka od bodajże ośmiu spotkań, mała, niewielka satysfakcja dla każdego cierpliwego posiadacza. Po cichu liczę, że trzecie miejsce pośród panteonu bohaterów ostatniego w sezonie blanka zajmie Hazard. 33 kolejka była tą jedną z ważniejszych. Posiadaczom kapitana Vardy’ego dała przede wszystkim nadzieję. W zatęchłe tabele wdarł się orzeźwiający wiatr zmian. Czuć to w powietrzu, lewiatany z najlepszych miejsc są poruszone, niektóre wystraszone już od wczoraj klepią WC. Byle szybko odrobić. 33 kolejka zamyka obowiązujący od paru tygodni szablon, na progu pojawił się chaos. Słychać wycie wilków, gasną świece, trzaskają okiennice. Powietrze iskrzy. To dzikie karty, synu. Nic na świecie tak nie pachnie. Uwielbiam zapach dzikich kart o poranku.